Nadeszły zapowiadane zmiany. Strona jeszcze w powijakach, ale ambicje są.
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
www.shakeout.pl
Wstęp będzie krótki: Journal for Plague Lovers już jest i słucha się jej z wielką przyjemnością.
Cholera, nawet nie wiecie, jak bardzo ich lubię. Prawdopodobnie nie da się ich nie lubić. Nie ma na ziemi obywatela, który z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa mógłby powiedzieć: nie lubię Manic Street Preachers. A nawet jeśli jest, to po prostu nie zna się nawet nie tyle na muzyce, co na ludziach. Przecież to tacy sympatyczni goście, tacy z którymi piwko wyżłopiesz, pogadasz o polityce, a potem chwycisz za gitarę i zaśpiewacie razem „O Ela”. W szczególności polityczna dysputa z członkami tej kapeli mogłaby wyglądać interesująco. Nigdy nie kryli się ze swoimi lewackimi poglądami, ponoć mają telefon do Fidela i zarezerwowaną lożę obok sami wiecie kogo w pewnym słynnym moskiewskim mauzoleum (żaaart). Niezależnie od politycznych poglądów naszych, naszych czytelników i zespołów, o których piszemy, mamy koncentrować się na muzyce. A ta na najnowszym krążku Manicsów, podobnie zresztą jak na poprzednich, prezentuje się naprawdę dobrze.
Tylko dobrze? Manic Street Preachers nigdy nie stworzyli arcydzieła w warstwie muzycznej, zazwyczaj pisali proste melodie, przyprawiając je akordami, których uczą się 10-letnie dziewczynki na przykościelnej oazie. Za pomocą prostych środków tworzyli piosenki, których naprawdę świetnie się słuchało. Co innego w warstwie
tekstowej. Panowie Nicky Wire i Richey James Edwards, czyli odpowiednio basista i gitarzysta (z tym drugim jest związana ciekawa historia, mianowicie wcięło go w 1995 i nadal nie wiadomo gdzie przebywa/czy jeszcze żyje, po więcej odsyłam do Wikipedii), uchodzą za jednych z najlepszych tekściarzy naszych czasów. Kiedyś próbowałem rozkminić jeden z tekstów Edwardsa, był to Revol z płyty The Holy Bible i za cholerę nie wiedziałem, jak mawia młodzież o co kaman. Zrozumiałem wtedy tyle, że mr. Lenin awaken the boy. Dopiero po przeczytaniu i translacji wyjaśnienia tego tekstu na stronce songmeanings.com (chyba tak to się nazywało...) stwierdziłem: kurwa geniusz! Polecam wszystkim przygotowującym się do matury z angielskiego na poziomie potrójnie rozszerzonym poczytanie sobie tych liryków. Nawet jeśli nie poszerzy to ich słownictwa, to przynajmniej kilka dobrych wierszy w głowie im zostanie i gdy będą zakładać swoje super-elo-indie rockowe kapele trzy razy się zastanowią zanim jakiś tekst w języku Szekspira napiszą.
Journal For Plague Lovers jest już dziewiątą płytą w karierze trójki Walijczyków. Zawiera wszystko, do czego nas już przyzwyczaili, czyli chwytliwe refreny, charakterystyczny, wysoki głos Jamesa Deana Bradfielda, zagrywki gitarowe, które nie wypadają łatwo z pamięci i teksty z zaświatów, czyli poezja zaginionego Edwardsa, której, jak widać, sporo po sobie zostawił. Nie można zapomnieć o okładce autorstwa Jenny Saville, z którą również związana jest pewna ciekawostka. Otóż, brytyjskie hipermarkety, wśród nich znane i w Polsce Tesco, nakazały sprzedaż JfPL w papierowym opakowaniu, jako że widok rzekomo zakrwawionej twarzy młodzieńca na okładce wywołuje strach u dzieci i ogólną demoralizację społeczną. Czy rzeczywiście? Oceńcie sami.
O każdym z 13/15 (zależy od wydania) numerów na płycie można pisać w nieskończoność. Analiza mrocznych zakamarków duszy Edwardsa może nas, znających język angielski na poziomie średnio zaawansowanym (tych ze wskazaniem na średnio, rzecz jasna) utwierdzić w przekonaniu, że tak naprawdę gówno wiemy, więc interpretacje tekstów zostawmy wytrawnym anglistom. Płyta zaczyna się od singlowego Peeled Apples i już ten utwór zwiastuje kawał niezłego rock n' rolla, choć za pierwszym przesłuchałem uznałem go za przeciętny wyrób, ot tak fabrycznie poprawną piosenkę jakich dziś od groma. Niemniej jednak są na tej płycie kawałki lepsze. Szczególnie podchodzą mi wulkany energii, jakimi są Me and Stephen Hawking, tytułowy Journal for Plague Lovers, czy She Bathed Herself in a Bath of Bleach. Sposób, w jaki James Dean Bradfield wyrzuca z siebie kolejne linijki tekstu jest unikalny. Jestem pełen podziwu dla kunsztu tego gościa, jak on to robi, że wyśpiewuje te wszystkie melodie upychając doń dziesiątki trudnych słów, których pozornie wyśpiewać się nie da? Jeśli chodzi o tę umiejętność, może się z nim równać tylko jeden wokalista: Cedric z At The Drive-In/ The Mars Volty. Tylko że on ma jedną wadę, skłonność do pierdolenia jak potłuczony... Punkt dla Jamesa!
Na szczególną uwagę zasługują jeszcze dwie pieśni z JfPL. Jedną z nich jest Facing Page: Top Left, akustyczna ballada, zagrana jednak w tak porywający sposób, że śmiało można ją uznać za highlight tego wydawnictwa. Inną balladą, o której chciałbym wspomnieć jest kończąca tę jakże udaną płytę William's Last Words, jedyna tu śpiewana przez Wire'a i wyprodukowana przez Steve'a Albiniego (chyba nie muszę mówić kto to taki, hę?). Koleś ma naprawdę niezły głos, przypominający Lou Reeda, wykonał ten utwór w sposób wielce przyzwoity. Co do Albiniego, osobiście uważam, że to właśnie z nim powinni pracować nad całą płytą, zapewne brzmieliby wtedy bardziej intrygująco. No cóż, może w przyszłości spróbują...
Jest to płyta, na której każdy wybierze coś dla siebie. Jest niezwykle zróżnicowana, ale przy tym równa, niewiele jest momentów, które zaniżają poziom, a takie też niestety się zdarzają (słabiutki Marlon J. D.). Manic Street Preachers są kapelą, którą po prostu trzeba poznać, a Journal for Plague Lovers jest krążkiem który trzeba choć raz odpalić. Aby dobrze wczuć się w klimat tej muzyki, zalecam przed przesłuchaniem tej płyty zapoznać się z kilkoma ich wcześniejszymi pozycjami, najlepiej w kolejności chronologicznej od The Holy Bible zaczynając.
Czego oczekiwać od tej kapeli w przyszłości? Oby jak najprędzej wrócili do studia i zaserwowali nam kolejną porcję dobrej muzyki. Koncert? Perspektywa 30-tysięcznego spędu na wpół rozjebanym stadionie jakoś specjalnie mnie nie pociąga, a na koncert klubowy raczej nie ma co liczyć. Lepiej zrobią, gdy znów odszukają kilka frapujących tekstów Edwardsa, posklejają do kupy i nagrają kolejną solidną płytkę. Chyba, że ktoś ma vipowskie wejściówki do pierwszego rzędu na ich występ. Chętnie przygarnę...
g.
Tagi: g., manic street preachers, manic, journal for plague lovers
skomentuj (4)
Już ponad miesiąc mija odkąd ostatnia notka pojawiła się na
Shakeout. Do tych których to zastanawia zdecydowałem się maznąć parę słów i odpowiedzieć na kilka pytań, które z pewnością zadawaliby sobie teraz czytelnicy (gdyby takowi istnieli oczywiście). Po kolei:
Nie zamykamy tego interesu. Najzwyczajniej w świecie ostatnimi czasy wszystkie udzielające się tu osoby zrobiły sobie krótką przerwę z powodów różnorakich, ale sprowadzających się do jednego mianownika - brak czasu na takie pierdoły jak blog.
Jak długo zatem nic tu się nie będzie działo?
Opowiadam: Jeszcze trochę (miesiąc? dwa?...przynajmniej w moim przypadku coś koło tego). Mogę natomiast obiecać, że po powrocie będzie kilka niespodzianek w treści i formie, a może nawet nastąpi jakieś konkretniejsze rozszerzenie formuły.
Powstrzymajcie się więc jakiś czas przed stawianiem na nas krzyżyków.
Jeśli masz chujową kapelę to na bank zdążymy cię jeszcze obrazić.
A jeśli kapeli nie masz to przynajmniej zrugamy twoich idoli.
To pisałem ja - M.
Tagi: przerwa
skomentuj (4)
Największe wyzwanie dla kapeli, która nagrała jedną dobrą płytę?
Nagrać drugą dobrą płytę! Największe wyzwanie dla kapeli, która stworzyła dzieło
wybitne? Nie kompromitować się do końca swojej kariery. Może się wydawać, że dla
utalentowanego zespołu utrzymanie wysokiego poziomu przez dłuższy czas nie
stanowi wielkiego problemu. Rzeczywistość często okazuje się brutalna. Z czego
to wynika? Nie pytajcie ...And You Will Know Us by the Trail of Dead. Oni wam
nie odpowiedzą...
om się podoba... Do rzeczy, CoS to zbiór motywów z poprzednich płyt piątki
Teksańczyków plus wzniosłość do granic możliwości. Aż dziw, że żaden utwór
zawarty na krążku nie jest chorałem gregoriańskim (można się tego spodziewać na
ich siódmej płycie). Okładki przedstawiającej chłopczyka z przerażeniem
spoglądającego na czaszkę nie powstydziłoby się Cradle of Filth. Jest po prostu
obleśna. Ładna, ale obleśna ( to się wcale nie wyklucza!). Mimo to, dobrze
spełnia swoją rolę. Idealnie charakteryzuje muzykę zawartą na płycie.
Tagi: g., ...and you will know us by the trail of dead, the century of self
skomentuj (1)
Darzę sympatią ten szkocki kwartet skupiony wokół Alexa Kapranosa odkąd pierwszy raz usłyszałem ich kawałek (Take Me Out bodajże) w którejś edycji Fify. W owych mrocznych czasach, kiedy to moja, szeroko pojęta Świadomość nie była jeszcze na tak zaawansowanym stadium ewolucyjnym jak obecnie (co objawiało się choćby przedkładaniem schematycznej piłkarskiej gierki ze stajni EA Sports, zabawki dla ludzi nie mających pojęcia w czym tkwi sedno futbolu nad genialnego PESa od Konami) przeceniłem Franz Ferdinand. Zajarałem się tym hiciarskim indie-popowym graniem, tym dzieckiem kolejnej, identycznej czterosryliardowej fali gitarowego grania z wysp mocniej niż powinienem się zajarać.
Uznałem ich muzykę za lepszą niż jest w istocie pewnie dlatego, że moja znajomość z klasykami gatunku była wtedy zbyt pobieżna i nie pozwalała na stawianie miarodajnych osądów. Po nadrobieniu zaległości stwierdziłem jednoznacznie dwie rzeczy. Po pierwsze – Franz Ferdinand nadal zajebiście mi się podoba; po drugie – Franz Ferdinand nic nie znaczy, jest zespołem kompletnie nieważnym, a przy próbie najmniejszej choćby konfrontacji z kapelami figurującymi wyraźnie w kręgu jego inspiracji wypada blado jak Bono na video do Lemon.
Ich trzeci krążek anonsowano jako
odejście od gitar, którymi to zespół deklarował znudzenie, i podążenie w
bardziej elektroniczno-syntezatorowe rejony. Krótko mówiąc zapowiadano, że
będzie bardziej do tańca niż do ruchańca. I chyba nawet jest. Stopa-werbel,
stopa-werbel, stopa-werbel…przez 90% długości longa stopa-werbel. Od razu słychać
w jakie klimaty chłopcy się skierowali, choć w moim odczuciu starali się raczej
wyrazić pogardę dla tanecznych umiejętności współczesnej młodzieży,
upraszczając wszystkie bity do tego stopnia, niż stworzyć naprawdę porywającą
na densfloor płytkę.
Okłamać siebie jednak nie mogę, bo nóżką momentami tupałem…
Oczekiwałem od Tonight zbioru fajnych piosenek i się nie zawiodłem. Trochę hitów, trochę ballad, kilka eksperymentów, czyli podobnie jak ostatnio. Gitary rzeczywiście odeszły na drugi plan. Nie w stopniu w jakim się tego spodziewałem na szczęście, ale tym razem to bas wiedzie prym. Kompozycje są ciekawe, żonglerka fajnymi motywami odchodzi konkretna, choć mam wrażenie, że z płyty na płytę jest ich w każdej piosence coraz więcej kosztem jakości poszczególnych. No cóż, jeśli miodność hooków nie jest satysfakcjonująca, pozostaje zachwycać się ich perfekcyjnym zazębieniem. Czasem aż dziw mnie bierze, że z pozoru tak odmienne pomysły Franz Ferdinand łączy z zawsze niezakłócającą odbioru płynnością.
Wszystko by było okej gdyby nie tendencja spadkowa. Najnowszy album jest gorszy od poprzedniego. Tchnięcie nowego ducha pod postacią bardziej danceowej otoczki nie wyszło może jakoś bardzo niekorzystnie, ale odebrało chyba trochę przebojowości. P. starał się mnie przekonać, że przebojowość jest na swoim miejscu tylko w nieco innej formie, ale mnie Tonight nie przyprawia o banana na ryju równie mocno co poprzednie dokonania tych Szkotów w grzywkach i śmiesznych garniakach aspirujących w oczach niektórych do miana kolejnej inkarnacji Beatelsów.
Nic jednak człek nie poradzi,
przyszła moda na granie do tańca to Franz Ferdinand do tańca gra. W końcu nigdy
nie był zespołem, który wbrew trendom kroczy pod prąd.
M.
Tagi: m., franz ferdinand, tonight, alex kapranos
skomentuj (1)
Losy Armii to jedna z najciekawszych historii polskiego rocka. Od początku wyłamywała się schematom punkowej sceny z której się wywodziła. Przez lata ciągle mniej lub bardziej intensywnie przewijała się w światku cięższego grania i było o niej głośno za sprawą spektakularnego nawrócenia lidera – Tomka Budzyńskiego, czy odejściem ze składu współtwórcy – Roberta Brylewskiego (co zapewne miało ze sobą związek). Z powodu swojego nowego, katolickiego oblicza zespół stracił wielu starych fanów, pozyskał nową publiczność... Jedno jest dla mnie pewne: przez te wszystkie lata nie nagrał słabej płyty.
Być może jestem nie do końca obiektywny, kierują mną sentymenty, gdyż Armia była jednym z ważniejszych zespołów mojej muzycznej edukacji, ale faktem niezaprzeczalnym jest dla mnie to, że ta grupa wypracowała swój unikatowy styl. Mistyczne teksty, lekko rozmyte, ale ciągle gnające do przodu gitary no i waltornia... Brzmi patetycznie jak tytuły płyt Comy? Może, ale przy tym wszystkim Armii udało się uniknąć popadnięcia w tzw. „polsound”. Nazwijcie mnie idiotą, ukamieniujcie za miłość do tego bandu która być może mnie zaślepia, ale pod względem budowania klimatu Armię stawiam na jednej półce z kapelami pokroju Neurosis czy Cult Of Luna.
Wiadomość
o nowej płycie mnie zaskoczyła. Na myspace znalazły się dwa
kawałki: „Zły porucznik” i „Underground” i tu od razu warto
zaznaczyć że nie są one dla tego albumu reprezentatywne. Co więcej
w mojej ocenie są najgorszymi kawałkami z płyty i przy kolejnych
przesłuchaniach pomijałem je (profanacja?). Minęło ledwie parę
dni, a cały materiał był już w obiegu. I od pierwszego kontaktu
pokochałem tą płytę. Nie będę bawił się w jej wartościowanie,
umiejscowienie w rankingu płyt Armii. Jest ona po prostu bardzo
dobra i konsekwentnie, powoli pcha Armię w nowe rejony.
Zasadniczo ta płyta sporo czerpie z pierwszych dokonań Armii – jest czadowo (świetnie sprawdza się nowy perkusista) i energetycznie. Ale pojawia się też świeżość: wyciszenia w środku „Statku burz” nie powstydziłoby się Pink Floyd, a partia basu w tym utworze to majstersztyk. W trwającym prawie kwadrans „Przed prawem” Budzyński zapędza się w nowe, nieznane do tej pory rejony jego możliwości wokalnych. Słabym punktem jest wspomniany już, ostatni kawałek - „Underground” - swego rodzaju ukłon w stronę najwierniejszych fanów mimo iż z założenia miał stanowić coś na wzór bonus tracku, zupełnie nie pasuje do nastroju płyty, a wręcz brutalnie wyrywa mnie ze stanu zadumy który wprowadza ta płyta. Brzmi idiotycznie? Nie dbam o to, ten zespół jest dla mnie magiczny (a nie należę do ludzi łatwo szastających takimi określeniami).
Nie każdy odnajdzie się w tej muzyce... Nie każdemu udzieli się ten specyficzny klimat bez którego muzyka Armii straci większość swojej mocy. Niemniej jednak naprawdę polecam spróbować.
P.
Tagi: armia, brylewski, p., der prozess, budzyński
skomentuj (5)
Spięte sztywnymi gorsetami piersi kelnerek skutecznie przykuwają uwagę męskiej klienteli saloonu. Gwarny klimat sobotniego wieczoru przerywa wychodząca na scenę kapela. Gitara zaczyna riff z gatunku tych "bezczelnych", perka wchodzi z nieśmiertelnym u-pa-uu-pa, a wokal już chce krzyknąć "boys from the red city" po raz pierwszy, lecz musi się uchylić, bo w stronę jego głowy leci kufel z piwem. Rozróba rozpoczyna się tak automatycznie i powszechnie jak to bywa tylko na kiepskich westernach. Zespół oczywiście nie przestaje grać tworząc doskonały soundtrack do zaistniałej sytuacji.
Ten zespół to 8 of Clubs.
Lubię, gdy podczas słuchania muzyki nikt mnie nie oszukuje, gdy nie ubiera miałkiej treści w nadętą formę, gdy nie stara się podpinać pod modne nurty albo co gorsza, w przeświadczeniu o własnej niepowtarzalności tworzyć nowych określeń dla rejo
nów już dawno nazwanych. Nie znoszę przeintelektualizowanych, bzdurnych kapel wydmuszek. Sama jakość prezentowanych dźwięków ma dla mnie znaczenie drugorzędne jeśli zespół nie spełnia w moich oczach tego swoistego "kryterium prawdomówności". Na szczęście, obcując z pierwszymi nagraniami 8 of Clubs odniosłem wrażenie, że ci chłopcy są wobec mnie dogłębnie szczerzy.
Zamknięta w 6 kawałkach ich autorstwa dawka rock`n`rollowej zabawy raczej nie mogłaby służyć za wyznacznik perfekcji wykonania i doskonałości stylu, ale z pewnością jest przyjemna w odbiorze. Numery są na tyle krótkie, że nie nużą, przebojowość konkretnie bije po uszach, a klimat jaki tworzy ta nuta kreśli w mojej głowie obraz knajpianej napierdalaki opisanej we wstępie. Trzeba podkreślić fakt, że 8 of Clubs pozytywnie rokuje na przyszłość. Z akcentem na "przyszłość", bo teraz mimo wszystko są jeszcze trochę zbyt ciency w uszach. Brzmienia się nie czepiam, bo złe nie jest, jak na zrób-to-sam warunki.
Teraz kilka słów skieruję do samego zespołu jako dobry wujek i wierny fan. Nich perkman popracuje nad stopą. Jest okej, ale ja od takiej muzy oczekuję, że będzie bujać i rwać mnie do tańca, a czasem wydaje mi się, że ta centrala gubi dynamikę niektórych utworów tą nieregularną pracą, zamiast jebać na dwa, czy jak to się tam mówi. Wokal zdecydowanie ujdzie w tłoku i nawet nie obraża przesadnie mojego poczucia estetyki akcentem angielskim i banalnymi tekstami, ale mógłby sobie darować to zaciąganie i przeciąganie, bo zajeżdża czasem garażowym thrash metalem z małych polskich miejscowości. Będąc już przy darciu japy nie mogę wspomniec o czymś co wg mnie wepchnęłoby całość na wyższy level, czyli chórki. Czasem aż prosi się, żeby koledzy z kapeli udzielili się w refrenie. Ostatnia sprawa, przed którą chciałbym przestrzec to umieszczanie dwóch kawałków o identycznie zbudowanym głównym riffie obok siebie, bo to razi niemiłosiernie (vide "Give Me Yourself" i "Hard to say").
Mianowanie 8 of Clubs w kuluarach nadzieją częstochowskiego indie jest raczej świadectwem upadłej kondycji tegoż niż wyznacznikiem wysokiej jakości owej kapeli. Warto jednak zauważyć potencjał jaki w niej drzemie i docenić dotychczasowe poczynania. Ja doceniam i chwalę (choć z umiarem), bo rzadko mi się zdarza wysłuchać demka lokalnego zespołu, które nie żenuje nawet przez moment swojego trwania.
www.myspace.com/8ofclubsmusic
M.
Tagi: częstochowa, 8 of clubs, r`n`r
skomentuj (13)